Powiśle: między barszczem ukraińskim a dyktafonem [Karolina Dziubata]

Człowiek myśląc o mniejszościach narodowych w Polsce ma przed oczami kolorowe kropki – żółte to Niemcy, zielone Białorusini, niebieskie Ukraińcy. W środku konturowej mapki kraju jest ich niewiele, ale im bliżej granic tym więcej kolorów. Wiadomo – ruch przygraniczny, kwitnący handel, niewielkie migracje. Niebiesko jest daleko przy południowo-wschodniej granicy. Mniejszość ukraińska na Żuławach i Powiślu? A tak, no były tam jakieś niebieskie kropki. Tak to przynajmniej zapamiętałam z lekcji historii w liceum. Ale dopiero przyjeżdżając tutaj zdałam sobie sprawę jak dużą i silną grupę stanowią osoby pochodzenia ukraińskiego. Dużą, ponieważ już pierwszego dnia badań dostałam liczącą kilkadziesiąt pozycji listę nazwisk i adresów osób, które są chętne do rozmów. Silną, bo wiele z tych osób ma za sobą traumatyczne przeżycia – ucieczki, wysiedlenie, głód, bieda, ukrywanie się – ale mimo to dalej praktykują w swoich domach tak poszukiwane przez nas zwyczaje ukraińskie. Tak też było u pani Ireny.

– O, u pani Ireny to i 5 godzin będzie mało! – śmiali się ci, którym mówiłam o planach na dzisiejszy dzień – ona ma wszystko, i wyszywanki, i stroje, i korowaja musicie powiedzieć żeby wam upiekła!

Nie mylili się. Pani Irena przywitała nas suto zastawionym stołem, częstowała barszczem ukraińskim według przepisu swojej mamy, domowymi pierogami i pysznymi ciastkami. Nie pozwoliła też zacząć rozmowy dopóki nie zjadłyśmy po misce zupy. Dobrze się stało, bo z pustym żołądkiem trudno byłoby zadawać pytania przez następne trzy godziny. Rozmawiałybyśmy i jeszcze dłużej, gdyby nie kolejny wywiad. A mówiłyśmy o wszystkim – o pieśniach ludowych, o chorej nodze, o korowajach, o małankach, o ręcznikach obrzędowych, o wycieczkach za granicę, o weselach, o rodzinnych stronach, o języku, o wojnie, o świętach, o wyszywanych koszulach… Kwestionariusz leżał gdzieś między barszczem a dyktafonem, podczas gdy pani Irena pokazywała wyszyte przez siebie bieżniki, koszule i sukienki. Jej mama też haftowała, z resztą jak każda dziewczyna w tamtych czasach. Przywieźli tutaj nawet kilka wyszywanek z rodzinnej miejscowości, ale w obawie przed wrogim jeszcze wtedy spojrzeniem nowych sąsiadów wszystko spalili. Dzisiaj już nie jest tak ciężko być Ukraińcem na Powiślu. Chociaż, jak mówiła pani Irena, zawsze znajdzie się taki, co ukraińskiego języka słyszeć by nie chciał.

img_3177

My już wiemy co to znaczy gościnność, fot. K. Dziubata

 

barszcz-ukrainski

Barszcz z fasolą, fot. K. Dziubata

pani-irena-przed-domowa-biblioteczka

Pani Irena przed swoją biblioteczką, fot. K. Dziubata

pani-irena-z-jedna-ze-swoich-wyszywanych-koszul

Wyszywanki, fot. K. Dziubata

recznik-obrzedowy

Ręcznik obrzędowy, fot. K. Dziubata

wyszywany-bieznik

Wyszywany bieżnik, fot. K. Dziubata

z-domowej-biblioteczki

Z domowej biblioteczki w języku ukraińskim, fot. K. Dziubata

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s