Powiśle: przed nami jeszcze wiele pracy [Damian Kruk]

Nasze badania dobiegają końca. W mojej opinii projekt był naprawdę ciekawy. Nasza praca nie kończy się jednak na samych badaniach terenowych. Przed nami działania polegające na opracowaniu zebranych materiałów – przygotowaniu transkrypcji wywiadów, a potem ich analizie by na koniec napisać teksty na wybrany temat.

Wyjazd w teren  uważam za bardzo owocny. Dowiedziałem się wielu informacji na temat kultury ukraińskiej, pielęgnowania tradycji i pamięci o korzeniach własnej rodzinny. Poznałem też  ciekawe osoby, których opowieści na długo zapamiętam. W zebranych materiałach wiele kwestii powtarza się, inne są z kolei zupełnie zróżnicowane. Jednak spotkanie z każdym rozmówcą to nowa wiedza, nowa historia i indywidualne spojrzenie na kulturę ukraińską na Powiślu. Duże wrażenie zrobiły na mnie zdjęcia, wyszywanki czy inne przedmioty jakie przechowują w swoich domach Ukraińcy. Usłyszałem wiele wzruszających, ale i zabawnych historii z życia respondentów. Szczególnie cenię sobie rozmowy ze starszymi osobami, które miały bardzo dużo do powiedzenia. Słuchałem ich opowieści z wielkim zainteresowaniem. Zwróciłem uwagę na fakt, że nie zawsze najstarszemu pokoleniu zależało na przekazywaniu tradycji młodszym osobom, a jednak często to młodzież sama zaczynała interesować się kulturą i językiem ukraińskim. Wyjazd na Powiśle przybliżył mi bogatą kulturę mniejszości ukraińskiej, uzmysłowił jak wyglądało ich życie przez 1947 rokiem i tuż po nim.

1_pw_dz_4

Pani Anna prezentuje wyszywany obrus, fot. K. Dziubata

1_pw_dz_1

W cerkwi, fot. K. Dziubata

1_pw_dz_28

Fragment wyszywanego obrusu w cerkwi, fot. K. Dziubata.

1_pw_dz_31

Godło Ukrainy, fot. K. Dziubata

Reklamy

Żuławy: szkoda, że badania już się kończą [Katarzyna Kosińska]

Rano od 10.00 razem z Leszkiem rozpoczęliśmy wywiady w Ostaszewie. Poranek nie był zbyt ciepły, jak z resztą cały dzień. Pierwszy wywiad przeprowadziliśmy z sołtysem wsi. Po mile spędzonym czasie okazało się, że nie mamy do godziny 16.00 więcej możliwości rozmów. Od razu poszliśmy do pani Kasi z Ostaszewa, która ugościła nas i pomogła w szukaniu numerów telefonów. Dwa dni wcześniej udzielała nam również wywiadu.

Dzięki pani Kasi, udało nam się umówić na jeden wywiad w Nowym Dworze Gdańskim, jak również w Piaskowcu. Obie rozmowy okazały się bardzo wartościowe. Wspomnienia, jak również nowe informacje, pozwoliły nam zrobić kolejny krok w stronę zrozumienia i poznania bardzo barwnej i bogatej kultury ukraińskiej. Jednak to nie był koniec naszego dnia, który już na tę chwilę okazał się jednym z najciekawszych dni naszych badań.

Ostatnie rozmowy udało nam się przeprowadzić z młodym rodzeństwem. Co ciekawe, to było kolejne spotkanie w Ostaszewie. Osobiście miałam okazję przeprowadzić wywiad z uczennicą jednej ze szkół średnich w Nowym Dworze Gdańskim. Bardzo pozytywnie mnie zaskoczył poziom wiedzy, którą posiadała i chęć pielęgnowania tradycji. Rozmowa ta była dla mnie cennym i bardzo budującym doświadczeniem. Oby więcej osób miało takie podejście do ciekawskich badaczy–etnologów!

Na początku dnia nie zdawaliśmy sobie sprawy jak intensywny on będzie. Mimo zmęczenia i późnego powrotu do miejsca noclegowego, trzeba przyznać jedno – szkoda, że badania się kończą!

soltys-ostaszewa-pan-jan-szeptak-prezentuje_slubne-zdjecie-syna

Z sołtysem Ostaszewa, fot. K. Kosińska

tuga-grigirij-breczko

Tuga, fot. K. Kosińska

luba-lewosiuk-kasia-kosinska

Z respondentką, fot. K. kosinska

miroslawa-jaroslaw-kasia

Z respondentami, fot. K. Kosińska

Powiśle: można być dobrym, albo złym człowiekiem [Aleksandra Chróścielewska i Karolina Dziubata]

Badania terenowe na Powiślu dobiegły końca. Choć zakończyła się praca w terenie, nadal pozostaje mnóstwo pracy nad zebranymi materiałami. Zgromadziliśmy wiele różnorodnych  informacji. Można na nie spojrzeć z kilku perspektyw: poprzez kategorie pokolenia czy ciągłości tradycji. Po przeprowadzonych rozmowach mogę powiedzieć jedno: nie ma recepty na zachowanie się kultury ukraińskiej. Wydawać by się mogło, że  z pokolenia na pokolenie kultura ta będzie zanikać. Przyjeżdżając tu myślałam, że kultura ukraińska zachowała się raczej w pamięci lub w obrzędach religijnych. Zdarzają się przypadki kiedy dziadkowie i rodzice nie przywiązują uwagi do swojego pochodzenia, a właśnie wnuki, czyli trzecie pokolenie interesuje się bardzo kulturą ukraińską. Bardzo poruszyły mnie niektóre historie, niejednokrotnie wywołały wzruszenie i łzy w oczach. Innym razem wywoływały uśmiech na mojej twarzy. Cały wyjazd, badania i projekt otworzył moje oczy na to, jak wiele jeszcze możemy się dowiedzieć o Ukraińcach na Pomorzu.

***********************************************************************

Dwa lata temu prowadziłam badania wśród osób przesiedlonych z Kresów Wschodnich II RP do Polski. Wtedy po raz pierwszy spotkałam się z Ukrainą. Pojawiła się ona w historiach moich rozmówców jako ojczyzna tych, przez których musieli oni uciekać ze swoich domów. Słuchałam o ucieczkach, o śmierci, o krwi i o biedzie. Oglądałam zdjęcia miejscowości, które już nie istnieją. Chodziłam po ulicach miasta, w którym się wychowałam, a o którym tak naprawdę nic nie wiedziałam. Teraz, w ciągu ostatnich kilku dni po raz kolejny rozmawiałam z tymi, którzy przeżyli traumę wysiedleń – wyrwania z rodzinnych miejscowości, nieludzkich transportów i skrajnej biedy. Z tą tylko różnicą, że tym razem byli to ludzie, którzy stali po drugiej stronie konfliktu polsko-ukraińskiego. Byli tymi, którzy w oczach wielu przesiedlonych Polaków wciąż stanowili realne zagrożenie. Tylko, że historia zwykłych ludzi nie jest tak czarno biała jak historia w książkach czy telewizji. Bo kto wiedział o tym, że pani Anna w wieku 12 lat musiała jechać z dwudziestoma innymi osobami wagonem towarowym bez jedzenia, bez ciepłego ubrania, bez wody i bez wiedzy o tym, co się właściwie dzieje? Kto wiedział, że kiedy przez kraty w oknach pociągu zobaczyła nazwę „Oświęcim” myślała, że czeka ją już tylko śmierć? Kto wiedział, że dom pani Eugenii został spalony przez Polaków z sąsiedniej miejscowości? Kto wiedział, że kiedy pan Władysław przyjechał w okolice Dzierzgonia bał się przyznać, że jest Ukraińcem, ponieważ obawiał się wyzwisk i ataków? Wobec wojny wszyscy cierpią tak samo. Jak powiedział jeden z naszych rozmówców – to nieważne, czy jesteś Polakiem, czy Ukraińcem, ważne jakim jesteś człowiekiem. Można być dobrym, albo złym człowiekiem

Podczas moich badań do licencjatu Ukraina pojawiła się także w mojej własnej historii w postaci praprababci Tatiany, o której do tej pory nie miałam pojęcia. Być może za późno zainteresowałam się losami swojej rodziny i ci, którzy mogliby opowiedzieć mi więcej już odeszli. Przez ostatni tydzień rozmawiałam więc nie tylko o zwyczajach, które istnieją wciąż wśród mniejszości ukraińskiej na Żuławach i Powiślu, ale także o zwyczajach, które być może dawno, dawno temu praktykowane były w Dołżance, skąd pochodzi część mojej rodziny. Z resztą dzisiaj też zawsze na kolacji wigilijnej jemy kutię, a na święta wielkanocne święconkę dzielimy na malutkie kawałeczki między wszystkich domowników.

img_3617

Wspólne zdjęcie z rodziną z Kępniewa, fot. A. Paprot

img_3589

Wyszywanki w wersji tradycyjnej i współczesnej, fot. A. Paprot

img_3533

Serweta do koszyka wielkanocnego, fot. A. Paprot

img_3529

Jajo wielkanocne, fot. A. Paprot

img_3607

Trzecie pokolenie chętnie wykorzystuje motywy wyszywanek w ubraniu codziennym, fot. A. Paprot

 

Żuławy: małe powroty [Leszek Woronowicz]

Kolejny dzień naszych badań rozpoczęliśmy od wizyty w Mikoszewie, gdzie mieliśmy umówione spotkanie z panem Władysławem. Do rozmowy przyłączyła się również jego synowa. Bardzo lubimy takie sytuacje, kiedy zamiast jednego rozmówcy, pojawia się ktoś jeszcze z rodziny. Wywiady takie mają m.in. tę pozytywna cechę, że relacje jednej osoby uzupełniane są o wspomnienia drugiej. Tak było również w tym przypadku. Pani Anna pochwaliła się swoimi ukraińskimi skarbami: m.in. oryginalną chustą oraz wyszywanymi koszulami, zakładanymi przez jej dzieci podczas ważnych uroczystości. Widać było, że w rodzinie starannie dba się o tradycje.
Kolejne miłe spotkanie to wizyta u rodziny w Nowym Dworze Gdańskim. Pretekstem do niej był zwrot pożyczonej do przejrzenia i sfotografowania książki, jaką prezentowaliśmy w poście z 11 października. Tutaj rozmowa również miała charakter miłego spotkania, tym razem z trzecim i czwartym pokoleniem przesiedleńców. Rodzina ta z dużą serdecznością otworzyła przed nami swoje serca i zaprezentowała wyszywane skarby, m.in. piękny ręcznik obrzędowy.
Wieczorem spotkanie u księdza Pawła z Parafii w Cyganku. To już nasza druga rozmowa – pierwsza, choć trwała prawie 2 godziny, tylko narobiła nam apetytu na więcej ciekawych informacji. Tym razem ksiądz podzielił się wiedzą o swoich poprzednikach i szerzej zarysował historię parafii. Była to także okazja do zobaczenia i sfotografowania pięknych strojów prezbitera. Jeden z nich jest nowy i jest to prezent otrzymany od mamy. Drugi był „od zawsze” w posiadaniu parafii, a niedawno został pięknie odrestaurowany.
To był bardzo pracowity, ale owocny w ciekawe spotkania dzień.

ksiadz-pawel-i-pylon

Ksiądz Paweł i pyłon otrzymany od mamy, fot. L. Woronowicz

ksiadz-pawel-i-pylon-otrzymany-od-matki

Ksiądz Paweł i pyłon będący na wyposażeniu parafii, fot. L. Woronowicz

synowa-pana-wladyslawa-hrycyny-prezentuje-chuste-odziedziczona-po-swojej-babci

Oglądamy rodzinne pamiątki,, fot. L. Woronowicz

trzecie-i-czwarte-pokolenie-na-zulawach-panstwo-anna-i-andrzej-seniuk-wraz-z-dziecmi

Trzecie i czwarte pokolenie na Żuławach, fot. L. Woronowicz

Powiśle: wielopokoleniowe rodziny z tradycjami [Damian Kruk]

Dzisiaj mija szósty dzień naszych badań. Po południu ruszyliśmy wszyscy samochodem do miejscowości Lubochowo, gdzie mieliśmy wcześniej umówione spotkanie wielopokoleniową rodziną. Na miejscu przywitała nas gospodyni domu. Podczas gdy pani przygotowywała dla nas poczęstunek, zauważyliśmy, że w domu znajduje się oprawione zdjęcie całej rodziny – z 90-tych urodzin nestorki rodu. Jej syn pokazał nam również rodzinny album z chronologicznie ułożonymi fotografiami prezentującymi poszczególnych członków rodziny najważniejsze momenty ich życia – od najstarszego do najmłodszego pokolenia. Już pierwsze rozmowy z tą rodziną uzmysłowiły mi, że dbają oni o własne korzenie, kulturę i  tradycje. Chwilę po obejrzeniu przez nas albumu zebrała się prawie cała rodzina: od prababci po pięcioletnią prawnuczkę. Po przywitaniu się każdy z naszej grupy udał się z poszczególnymi członkami rodziny na rozmowy. Ja rozmawiałem z panem domu, który z wielką chęcią opowiadał mi o swojej rodzinie i tradycjach ukraińskich, a ponadto podzielił się ze mną refleksją na  temat stanu zachowania tej kultury. Uważam, że był to jeden z moich najlepszych wywiadów na tym wyjeździe. Kiedy już wszyscy zakończyliśmy nasze rozmowy i znów zebraliśmy się razem w dużym pokoju, domownicy pokazali nam fragmenty nagrań filmu z wesela ukraińskiego w Morągu, które odbyło się dwa tygodnie temu. Tuż przed wyjściem zrobiliśmy ze wszystkimi wspólne zdjęcie. Pełni emocji wróciliśmy do Dzierzgonia.

Wieczorem nasza koordynatorka Ola i Karolina udały się jeszcze na spotkanie z liderem społeczności Ukraińskiej w Dzierzgoniu i jego rodziną. To właśnie m.in. dzięki niemu zdobyliśmy kontakty do Ukraińców z parafii greckokatolickiej pw. Zesłania Ducha Świętego w Dzierzgoniu. Na koncie mamy już ponad 30 wywiadów! 🙂

img_3557

Jest wiele do opowiedzenia, fot. A. Paprot

img_3542

Fragmenty koszul, fot. A. Paprot

img_3514

Wesele ukraińskie, fot. archiwum prywatne rodziny z Lubochowa

img_3559

Rodzina z Lubochowa, fot. A. Paprot

img_3601

Rodzina z Dzierzgonia, fot. A. Paprot

Żuławy: De Korni…? [Monika Gajdzińska]

Wtorek. Odwożę dzisiaj Kasię i Przemka do Ostaszewa, gdzie mają na początek porozmawiać z sołtysem, a  sama jadę do Stegny. Czeka tam na mnie pani Olga, która urodziła się w Korniach pół roku przed przymusowym wyjazdem całej rodziny na Żuławy.

Te Kornie w rodzinnych opowieściach wielu naszych informatorów pięknieją, rosną, stają się bogatsze. Niczym baśniowa kraina, mlekiem i miodem płynąca. Tak podpowiada tęsknota. Za swojskością, niezmiennością, za swoim kawałkiem świata. Pani Olga pokazuje mi plan wioski, starannie rozrysowany przez jej wujka z pamięci. Tu żyli jedni, a tu drudzy. „A moi rodzice mieszkali początkowo na dwóch krańcach wsi. Daleko od siebie” – objaśnia gospodyni. Oglądam kreski ulic, kwadraciki domków. Świat zatrzymany w miejscu.

Starali się odbudować tę swojskość na nowej ziemi. Od lat spotykają się w cerkwi, na weselach i chrzcinach, na festiwalach kultury ukraińskiej. Znają się prawie wszyscy. Zakładają stowarzyszenia, śpiewają w chórze, wysyłają dzieci w góry na Sarepty. Spisują stare tradycje i zwyczaje.

Dostaję od Pani Olgi prawdziwy skarb: zeszyt, w którym szczegółowo spisany został  przebieg tradycyjnego wesela ukraińskiego, z pokłonami, przyśpiewkami, oczepinami…

Kasia i Przemek wrócili późnym wieczorem. Rozmawiali z kilkoma osobami, poznali wiele ciekawych faktów z historii Nowego Dworu Gdańskiego, ale przede wszystkim goszczono ich po królewsku. Ostatnia rozmówczyni, pani Kasia, usmażyła im pyszną jajecznicę.

plan-korni-mn

Plan Korni, fot. M. Gajdzińska

zespol-teatralny-z-korni-mn

Zespół teatralny z Korni, fot. M. Gajdzińska

chata-wasyla-werbowskiego-mn

Chata w Korniach, fot. M. Gajdzińska

Żuławy i Powiśle: spotkanie po latach [Aleksandra Paprot]

W niedzielę poszliśmy z grupą na mszę do cerkwi. Zajęliśmy miejsce w ostatniej ławce. Wtedy podszedł do mnie pan Władysław i powiedział, że koniecznie muszę usiąść koło jego żony – przecież znamy się już z wczorajszego wywiadu! Z chęcią przyjęłam zaproszenie i pani Teresa została moją przewodniczką podczas mszy. Uważnie przyglądałam się częstotliwości i sposobowi w jaki wykonuje znak krzyża oraz przysłuchiwałam się słowom pieśni religijnych. W pewnym momencie podczas mszy zauważyłam starsze małżeństwo zajmujące miejsce w jednej z pierwszych ławek po prawej stronie. Ich twarze wyglądały znajomo… Po dłuższej chwili przypomniałam sobie to spotkanie z 12 lipca 2010 r. Moje pierwsze badania terenowe na Żuławach Elbląskich prowadzone z poznańskimi etnologami. Jeden z pierwszych wywiadów: jadę na rowerze wśród żuławskich łąk z pasącymi się na nich łaciatymi krowami, wzdłuż nich kanał melioracyjny i niekończący się rząd wierzb. W oddali dostrzegamy dom – podobno mieszka tam małżeństwo Ukraińców, którzy przyjechali na Żuławy w 1947 r. Przyjmują nas, długo rozmawiamy, robimy wspólne zdjęcie w ogrodzie pełnym czerwonych begonii. Koleżanka Magda wysyła im potem list z pamiątkowym zdjęciem.

Ponad sześć lat później spotykam ich w Dzierzgoniu. Po mszy podchodzę do nich z wielką nadzieją, że mnie jednak pamiętają.Przedstawiam się, a na ich twarzach od razu pojawia się uśmiech. Wymieniamy się numerem telefonu, zapraszają mnie do siebie, umawiamy się na wtorek. Tym razem zabieram ze sobą dwójkę studentów: Marcina i Damiana. Po drodze Karolina i Ola zostają na wywiad w Zwierznie. My jedziemy dalej. Odtwarzam w pamięci trasę do domu tych państwa – nic się nie zmieniło, tylko pora roku. Gospodyni z radością otwiera nam drzwi i zaprasza do środka. Zaczyna opowiadać nam o przyjeździe na Żuławy, o trudnej pracy w gospodarstwie, wielu wyrzeczeniach, ale również kultywowaniu tradycji ukraińskich, o teatrze młodzieży ukraińskiej w Krzewsku, w którym występował również jej przyszły mąż. Oglądamy zdjęcia z czasów młodości, widzimy wiele fotografii ludzi w tradycyjnych koszulach z wyszywankami. Dzieci recytujące wiersze na festiwalu kultury ukraińskiej w Elblągu, zdjęcia ślubne syna – zawsze widać na nich świadomość noszonego stroju. Państwo, ich synowie i wnuczęta rozmawiają w domu w języku ukraińskim i nikogo to nie dziwi. Pełna świadomość własnej kultury, szacunek do tradycji, a zarazem chęć do opowiadania o tym innym osobom.

Pani Janina wyciąga zza szklanej witryny zdjęcie sprzed sześciu lat – na nim gospodarze i Magda. Powtarzamy wspólne zdjęcie, ale w nieco innej aranżacji. Ustawiam aparat na stole i samowyzwalacz. Siadamy wspólnie ze studentami i państwem  po drugiej stronie. Zdjęcie zrobione. Czy spotkamy się znów za sześć lat? Mam nadzieję, że szybciej…

img_3249

Na mszy w cerkwi greckokatoliciej, fot. A. Paprot

20161012_000603

Grupa teatralna młodzieży ukraińskiej z Krzewska na Żuławach, z archiwum rodziny z Kępniewa

 

Żuławy: kultura zachowana we wspomnieniach [Katarzyna Kosińska]

Początek nowego tygodnia, a zarazem początek czwartego dnia naszych badań rozpoczął się od poszukania stołówki, gdzie czekało na nas śniadanie. Zabawna sytuacja – dopiero za którymś podejściem udało nam się znaleźć wyjście kierujące do tego miejsca. To jednak nie koniec niespodzianek. Mimo umówionych spotkań tylko na poranek, dzień ten okazał się bardziej intensywny, niż sądziliśmy. Dlatego wszechobecne błoto – które, jak twierdzą rozmówcy, jest jednym z charakterystycznych symboli Żuław – nie było nam straszne. Nawet w potrojonych ilościach!

Dzień okazał się również bardzo owocny pod względem wiadomości na temat kultury ukraińskiej. Jak podsumowałyśmy to z jedną Panią: mimo, że nie zawsze zostają pamiątki materialne, to jest coś, co jest bardziej cenne: są to wspomnienia.

Mogłyśmy usłyszeć wiele informacji na temat szkoły i nauczania języka ukraińskiego, jak również usłyszeć piękne pieśni. Co ciekawe, pieśni jest tak dużo, że zawsze na początku rozmówcom ciężko jest wybrać jedną. Trudno jest znaleźć odpowiedni przykład. To w śmieszny sposób pokazuje, jak dużo jest śpiewu w domu ukraińskim, ponieważ efektem głębszego zastanowienia rozmówcy jest przedstawienie nie jednej, ale kilku piosenek! Usłyszenie pięknych, niskich głosów męskich, czy też łagodnych żeńskich, jest trudne do opisania – po prostu trzeba tego posłuchać!

Przeprowadzone wywiady były wypełnione po brzegi nie tylko wiadomościami, ale również emocjami. Nie licząc śmiechu i radości, zdarzały się również łzy i tęsknota. Koniec końców, nawet czas wywiadu nie miał wtedy znaczenia. Mile spędzone 2 godziny rozmowy szybko upływały, jakby minęło co najwyżej dziesięć minut.

Udało się również porozmawiać ze starszą panią, która opowiedziała, jak dawniej przystrajano dom na święta. Kolorów wówczas nie brakowało, a na wyobraźnię bardzo mocno działały podwieszane ozdoby z bibułki i słomy, jak również wycinane firanki w kwiatowe wzory.

Mimo szarego dnia, wróciłyśmy do Nowego Dworu Gdańskiego z pełnym workiem informacji i wrażeń, jak również przemyśleń. Czekał już na nas pyszny i wyczekiwany obiad, a nie da się ukryć, po opowieściach dotyczących tradycyjnych potraw, każdy by zgłodniał. Akurat tego dnia na obiad był barszcz. Późnym wieczorem, gdy usiedliśmy do kolacji, okazało się, że każdy z nas dowiedział się tego dnia wielu ciekawych rzeczy m. in. jak wyglądała i wygląda nadal kwestia wyboru małżonka. Każdy dzień przynosi nowe doświadczenia, emocje i wiedzę, a to jeszcze nie koniec naszego wyjazdu.

wyszywana-poduszka-mn

Wyszywana poduszka, fot. K. Kosińska

poduszka-wyszywana-przez-siostre-pani-olgi-mn

Wyszywana poduszka, K. Kosińska

ksiazka-u-doma-i-na-czuzni-pana-michala-mn

U doma i na czużni pana Michała, fot. K. Kosińska

Powiśle: spotkanie z hafciarką [Przemysław Starkel]

Dziś trafiłem do pani Aleksandry, która okazała się bardzo gościnną osobą. Co więcej – pani Aleksandra wspaniale haftuje. Opowiedziała mi jak przebiegała jej nauka haftu, która później przerodziła się w pasję. Pokazała mi kilka swoich prac, przedstawiając  historię powstania niemalże każdej wyszywanki. Wiele prac wykonanych przez nią zdobi wnętrze cerkwi greckokatolickiej w Dzierzgoniu (są to m.in. obrusy czy chorągwie). Hafciarka ta z pełnym zaangażowaniem oddaje się swojej pasji. Jedna z jej najbardziej okazałych, a zarazem najdłużej wykonywanych prac hafciarskich to płaszczenica ukazująca scenę złożenia ciała Jezusa w grobie Pańskim. Praca ta znajduje się w Morągu.

wyszywanka-pani-aleksandra-chwastiak-grob-panski-morag

Płaszczenica wyhaftowana przez panią Aleksandrę, fot. archiwum prywatne hafciarki.

Żuławy: niedziela w parafii w Cyganku [Leszek Woronowicz]

Niedzielę rozpoczęliśmy uczestnictwem w nabożeństwie w cerkwi pw. Świętego Mikołaja w Żelichowie-Cyganku. Zostaliśmy serdecznie przedstawieni lokalnej społeczności. Po mszy jedna z autorek – 12-letnia Ola – zaprezentowała swoje dzieła z wystawy haftu krzyżykowego urządzonej przez proboszcza w kościelnej kruchcie. To kolejne pokolenie pielęgnujące tradycyjne rękodzieło. Następnie Łukasz Kępski opowiedział nam o historii miejscowej świątyni, oprowadził nas również po Żuławskim Parku Historycznym.

Popołudnie spędziliśmy na ciekawych rozmowach u naszych informatorów, którymi byli m.in. Państwo Krystyna i Zenon Serkiz. Opowiedzieli nam oni o trzech pokoleniach swojej rodziny mieszkających w Ostaszewie i okolicy.

podczas-boskiej-liturgii

Podczas boskiej liturgii, fot. L. Woronowicz

01-aleksandra-serkiz-przy-wlasnych-pracach

Aleksandra Serkiz przy swoich pracach, fot. L. Woronowicz

02-z-lukaszem-kepskim-w-trakcie-zwiedzania-kosciola

Łukasz Kępski opowiedział nam o parafii w Cyganku, fot. L. Woronowicz

03-i-w-zulawskiem-parku-historycznym

Zwiedzanie Żuławskiego Parku Historycznego, fot. L. Woronowicz

04-pani-krystyna-prezentuje-koszule-meza

Pani Krystyna prezentuje koszulę męża, fot. L. Woronowicz